|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
C'est moi
Narzędziownia
Sprawdzam
Takie sobie
|
niedziela, 15 listopada 2009
Wiara w mit.
Notkę poświęcam mojemu koledze netowemu, jedynemu, jakiego tutaj miałem. Wspominałem kilkakrotnie o tym, że nie uznaję żadnych autorytetów. Nie znajduję wokół siebie żadnych wzorców, jakimi mógłbym się kierować w życiu. Nie ma nikogo takiego, kto w moich oczach jest na tyle dobry bym mógł próbować sięgać do jego ‘ideału’. Jeżeli zaistniałaby konieczność, zmuszająca mnie do stworzenia jakiegoś ‘ideału-wzorca’, skomponowałbym go z wielu osób. Stworzyłbym konglomerat, który być może, okazałby się potworem jakiego onegdaj stworzył doktor Frankenstein. Nawet Bóg, sprzedawany w kościele na tacy, budzi u mnie kontrowersje i już dawno przestałem go ‘kupować’. Być może taka negacja autorytetu, świadczy o mojej wielkiej ułomności, nie wiem. Ułomności być może świadczą o naszym człowieczeństwie. Najpiękniejsze kryształy to te, które posiadają w swojej siatce krystalicznej obce, przypadkowe wtręty, jakich nikt się tam nie spodziewał. Ich zdolność do rozszczepiania światła, jest niesamowita, przez swoją oryginalność. Mit o moim Koledze, rodził się długo, w bólu jednych i radości drugich. W świetle Wielkich i w cieniu Małych. Obrastał wszystkimi cechami, jakie można przypisać ludziom i zwierzętom, roślinom i przedmiotom martwym. Siał wokół siebie aurę magicznej mocy. Nie jest ważne czy złej, czy dobrej. Jaka jest prawda o nim, tego nie wie nawet on sam. Ożywiony Mit nie potrzebuje żadnych prawd, mit żyje własnym życiem. Jedyne co mu jest niezbędne do egzystencji, to wiara weń innych. Mit żywi się ambrozją wytwarzaną przez wiernych i dopóki tej wiary starczy, będzie żył, nawet wiecznie. Wieczność zapewni mu głód reszty świata, choćby ta reszta, była bardzo znikoma. Nie wierzę w mity, ale lubię je czytać i na chwilę trafiać w tajemnicze miejsca, o których opowiadają, być świadkiem zaistniałych tam wydarzeń, obserwować poczynania bohaterów mitu. Po chwili, zawsze wracam na własną udeptaną ziemię, by żyć tak, jak sam uznam za stosowne. Nie dokonano na mnie aborcji, dlatego urodziłem się 13 listopada. Czy stało się dobrze, czy źle – nie mnie to oceniać.
piątek, 13 listopada 2009
Savoir-faire?
Jestem luzakiem, mało co mnie zdumiewa w przedziale dobrego zachowania. Raczej niewiele jest takich cudzych zachowań, które rozdziawiają mi z oburzenia japę. Owszem, są takie, których nie poczyniłbym sam, ale nie bulwersują mnie u innych. Może nieco żenują. Na wszystko jest określony czas, miejsce, towarzystwo i okoliczności. Te ostatnie, nie są jednak wytłumaczeniem wszystkiego, co jest czynione innym, ale mogą dawać świadectwo prostactwa tego, który się nimi zasłania. Gdy wytrzeźwiejesz, tłumaczysz swoje czyny tym, że nie miałeś nad sobą kontroli, ponieważ przejął ją alkohol. Zapewne sam, przemocą dostał się do twojego organizmu i poraził zmysły. Gdy jesteś trzeźwy, starasz się szukać winy swoich zachowań w innych ludziach, czy różnych zbiegach okoliczności. Ogólnie nie jest ważne, co pomyślą o tobie inni, ważne jest to, czy możesz patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Poszukiwanie wytłumaczeń własnych ‘złych’ zachowań poza sobą, jest oszukiwaniem samego siebie. To zwykłe tchórzostwo i nieumiejętność przyznania się do winy. Uciekanie przed konsekwencjami. Nie piszę tu o publicznym kajaniu się, piszę o sumieniu. Jeżeli ktoś potrafić odczuwać wstyd, z powodu własnego postępowania, to znak, że jeszcze pozostały w nim resztki człowieka. Jeżeli już tego nie odczuwa, pozostaje kupą mięcha, kości i produktów przemiany materii. Może się wyszczać pod drzewkiem w godzinach szczytu na trawę rosnącą na skwerku w centrum miasta, może też – bohatersko – przywalić swojej babie. No bo każdy taki superman wie, że ‘jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije’. Wie także, że jeżeli odeszcza się w miejscu publicznym, wzbudzi szacunek jemu podobnych. Ja nie będę tym faktem zbulwersowany. Za jego ‘babę’, mogę mu oddać, nawet z konsekwencją pobrudzenia sobie rąk czymś, czego dotykać nie powinienem. Nasze zachowanie świadczy tylko o nas samych, nie o okolicznościach, w jakich przyszło nam się wychowywać.
piątek, 06 listopada 2009
Podejście do...
Dusza, przywiązana do ciała na srebrnej nici, odpływa w błogostan. Nazwij to jak chcesz: nirwana, pozazmysł, upojenie, ekstaza, medytacja…Gdzieś indziej, nie wiem gdzie, gdzieś daleko stąd. Daleko ode mnie, bezimienna, bez adresu, stanu konta, bezrobotna, bezrodzinna prawie bezmaterialna. Tam, gdzie nie ma nic, a jednocześnie jest wszystko. W miejscu, które nie ma odnośnika na żadnej mapie, gdzie czas nie jest panem wszechświata. Stopy moje, niematerialne, zapadają się w białym piasku, zmieszanym z błękitną wodą, nie pozostawiając śladów. Tam wiatr przelatuje przeze mnie, a światło się wszędzie we mnie rozprasza. Nic nie boli, nic nie stawia oporu, skondensowany bezwład, jawny sen. Nie ważąc nic, czuję każdą cząstkę, z której się składam. Czuję siebie, jako niezwykle rozrzedzoną materię, jakby w homeopatycznym rozcieńczeniu, ale dzięki temu, jestem wszędzie i nigdzie. Wiem wszystko i ta wiedza nie robi na mnie wrażenia, nie jest mi do niczego potrzebna. Nic nie ma znaczenia a zarazem wszystko jest ważne. Nie muszę tłumaczyć sobie siebie – jestem sobą. Przenikalny i przenikający. Jeden składający się ze wszystkich. Absolutnie głuchy i absolutnie słyszący, ślepy i wszystkowidzący, pozbawiony czucia i czuciem będący… Szarpnięty nagle, za srebrną nić, wracam tutaj pod swój adres, z nazwiskiem, datą urodzenia i całym dobytkiem inwentarza, zwanego życiem. Dusza nieco się miota, oszołomiona ciasnotą materii, w której ktoś ją zamknął. - Nad czym się tak zamyśliłeś? - A nic, sam nie wiem, chyba jestem zmęczony.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Czekam.
Starość kończy się śmiercią, ale nikt nie wie, czym się zaczyna. Łupaniem w kościach, pierwszym siwym włosem czy zmarszczką, pogodzeniem ze światem, zmęczeniem myśli, zanikiem marzeń, dorosłością dzieci? Wydaje się, że starość rodzi się w umyśle każdego z nas i jest sprawą indywidualnego odczucia. Jestem stary, gdy takim się czuję. Gdy mnie zdejmą z półki mojego pokolenia, nastąpi taki dzień, mierzony czasem ziemskim, gdy i ja, oddzielę się od światła i przyjdę do swoich bliskich w dniu takim, jak dzisiejszy. Zgodnie z tym, co mówią legendy, temu właśnie służy dzień zaduszny – odwiedzaniu bliskich, którzy pozostali. przez tych, którzy odeszli. Sam nie wiem, nie pamiętam, by mnie ktoś z moich przodków odwiedził właśnie w tym dniu. Może to tylko chęć żywych do posiadania nieśmiertelnej cząstki, jaką jest dusza, rodzi takie legendy. Jak zawsze w tym dniu, zapalę świecę i poczekam, może tym razem, ktoś zechce mnie nawiedzić?
niedziela, 01 listopada 2009
Pozy.
Jan Saudek - 'Dwie twarze Mirosławy'
Bycie twardym nie polega na nieustannym porównywaniu się z innymi, ani na tym, by pokazać siebie na tle miękkości innych. Twardym się po prostu jest, albo nie jest. Swoją twardość, poznaje się na podstawie własnych przeżyć i nie należy jej zmiękczać, ani utwardzać zdaniem tych, którzy żyją zupełnie obok nas. Kiedy ktoś cały czas wskazuje palcem na innych, ‘dowodząc’ ich miękkości w fałszywym świetle własnych knowań i nagiętych przykładów, ten twardzielem nie jest. Podobnie, nikt nie staje się inteligentny, gdy wytyka chamskim palcem głupotę innych, albo trąbi na wszystkie strony świata, jakim jest mędrcem. Na ogół ludzie mają skłonności do mylenia pojęć, zwłaszcza, gdy próbują interpolować tzw ‘prawdy ogólne’ na własne, subiektywne odczucia. Nie potrafimy dyskutować, umiemy się jedynie kłócić i wszelkimi dostępnymi metodami, dowodzić słuszność swoich wynurzeń. Zdarza się, że ktoś zauważy to, iż gada od rzeczy, ale trudno mu się do tego przyznać, oświadcza więc, że ‘prowokował’ i szuka ku tej ‘prowokacji’ potakujących sprzymierzeńców. Wtedy wchodzi w grę indywidualna ‘kolejność uczuć’ takiego sprzymierzeńca. Bo jeżeli ten, u którego szuka się poparcia, kocha bardziej ‘pseudoprowokatora’, niż ‘prowokowanego’ – ten pierwszy czuje, że jego jest na wierzchu. Utwierdza się w przekonaniu, że jest debeściarski i cool, a tak naprawdę oszukuje samego siebie. Nie ma jednoznacznych przepisów, wzorów, konspektów, reguł, czy czegoś w tym stylu, co pozwoliłoby upchnąć konkretną jednostkę w jakiekolwiek sztywne ramy. Ludzka twarz, jest asymetryczna, gdyby stworzyć za pomocą lustrzanego odbicia, z każdej połówki oblicza obraz, to każdy z nas, uzyskałby dwie odrębne twarze. Zagmatwałem, jak zwykle, ale to detal.
|