Archiwum
[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]
Pogoda Kraków z serwisu
poniedziałek, 30 listopada 2009
Niewydarzona notka.

Natasha Turovsky

Zanim zmarł, Don Kichot dostrzegł bezsens wszystkich  swoich działań. Ozdrowiał, zobaczył wreszcie to, że jego ideały nie miały najmniejszego sensu. Że wszystko co czynił, o co walczył i z czym się zmagał, było tylko jego własną iluzją, jego chorobą. Cały ten zwariowany  świat, który stworzył we własnym umyśle, był odzwierciedleniem jego wyobraźni. Rodził się  w jego głowie, materializował w śmiesznych czynach i beznadziejnych walkach. Wystawiał go na pośmiewisko otoczenia, dezaprobatę bliskich i niezrozumienie. Nikomu nie podobało się to, co robił, krytykowali go, usiłowali różnymi sposobami powstrzymać. A on na wzór rycerza, w swym urojeniu,  miał damę serca - Dulcyneę z Toboso.  Dosiadał  wierzchowca  (szkapa Rosynant), a giermkiem jego był kiep Sancho Pansa. Zamiast hełmu, nosił na głowie  misę cyrulika, która błyszczała  w słońcu jak złoto.  Za wroga obrał sobie wiatrak, jawiący się niezwyciężonym potworem.  Wszystko jak u rycerza, szkoda, że widział to tylko on. Na łożu śmierci, gdy w końcu zaczął dostrzegać rzeczy takimi, jakimi były naprawdę, stała się rzecz dziwna. Wszyscy byli skłonni  uwierzyć w chore wizje jego umysłu, jakby zaczęło im brakować jego fantazji, szalonych wypraw i tych wszystkich opowieści o jego przygodach. Każdy Don Kichot kiedyś w nas umiera i nie pozostaje już nic, tylko proza przetrwania.

Jakoś mi ciężko dziś ubrać myśli w słowa, źle się czuję. Wiem, co bym chciał przekazać, mam to tuż tuż pod palcami, ale jakoś dziwnie, uczepiło się ich i nie chce być przelane na ‘papier’. Taki zastój myśli, spowodowany natłokiem wydarzeń i dolegliwościami wieku średniego. Przeciwbólowe dragi, stępiają czucie.

20:32, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (20) »
niedziela, 29 listopada 2009
CeFormat.

Nie cierpię tego robić, nudzi mnie, wkurza i zajmuje trochę czasu. Najpierw trzeba zrobić trochę porządków na dysku, potem  backup tego, co chcemy zachować, następnie wywalić wszystko w cholerę.  Po skończeniu załadować wszystko na nowo, odszukać, gdzie co jest. To jest chyba najbardziej upierdliwa czynność.  Mój osobisty diabeł, za każdym razem, podszepnie mi instalowanie nowych wersji programów. Zanim je wszystkie  rozkminię, to mnie szlag trafia. Widać różnicę, już mi ledwo łaził, zgłaszał jakieś problemy i stale się wykarbiał.  Jeszcze tylko posprzątać, poukładać wszystko na odpowiednie półki, jak to po remoncie.

 

 

tuba 

11:01, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (23) »
piątek, 27 listopada 2009
Trafiony...

a teraz tak...

Propeler, to rodzaj mieszadła stosowany np. w autoklawach, czy tam innych mieszalnikach. Kształtem przypomina mniej więcej śmigło. Ja używam tej nazwy, na określenie stopnia intensywności czynności wykonywanych w pracy. Dziś, czułem się, jakbym sobie zainstalował  … powiedzmy z tyłu, mieszadło propellerowe i włączył je na maksymalne obroty, jakie dopuszcza dokumentacja techniczna urządzenia. Wszystko się sprzysięgło i szło nie tak, jak to było w planach. Nie ma się co dziwić, piątek to i Pan Murphy, pokazał, że mnie nie opuszcza, aczkolwiek nie wszystko, co się działo, było efektem starań tego łobuza. Nie było niczego, co by się nie spierdoliło. Miałem ochotę zrobić to, co zazwyczaj robi się z posłańcem, przynoszącym złe wiadomości – zamordować, rozstrzelać, udusić każdego, kto właził do biura i zaczynał:

- kurwa, tomek, wiesz co się stało? ….itd.

- won mnie stąd! – to było wypowiedziane w myślach i poparte wzrokiem, który zabijał.

Powiem Wam, że niewielu zostałoby przy życiu. Miałem nawet przebłysk, żeby pierdolnąć drzwiami i zwyczajnie wyjść stamtąd, jak niegdyś na wagary. Niestety, moje wrodzone poczucie obowiązku, kazało mi tam siedzieć do końca szychty i jeszcze godzinę dłużej. Głównymi i przeważającymi frazami, jakie się dziś pojawiały w pracy, były frazy totalnie niecenzuralne. Nie będę przytaczał całej tej poezji, bo pomyślicie, że cywilizowani ludzie tak się nie wyrażają. Zarzucicie mi kłamstwo i koloryzację na potrzeby blogowego filmu. Gardło mnie boli i mam chrypę, kilka razy się nieco uniosłem. Teraz odpuszczają mi nerwy, powoli, spokojnie, a towarzyszy temu całkowity bezwład, niemoc i niechciejstwo. Po powrocie do domu, nawet nie miałem siły, żeby postawić do pionu młodzież, która wylegiwała się na kanapie w salonie i nie przeszkadzał jej wszędobylski sajgon. Dobił mnie tylko obraz mojego rozpuszczonego psa, targającego na salonowym dywanie, jakieś coś na strzępy. Zdaje się, były tam kawałki kubeczka po jogurcie oraz – jak olśniło mnie po chwili – resztek mojego domowego obuwia ( nie zliczę, która to już para, zniszczona przez tę żywą, domową, rozpuszczoną do granic mojej wytrzymałości maskotkę.

 

20:25, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 26 listopada 2009
Rezerwat.

ostatni

Przemknęło mi na myśl, że jest pewna grupa osób, która chciałaby zapędzić mnie do jakiegoś odosobnienia. Czegoś na kształt obozu dla internowanych, daleko od ludzi, świata i wszystkiego, co się tutaj zdarza. Co zrobię i czego bym nie zrobił, zawsze jest gotowa odpowiedź, przygotowane zepsute jajo, lub zgnity pomidor i ramię w gotowości, by tym czymś we mnie cisnąć. Nie jest ważne, czy zaistnieje jakaś wyraźna przyczyna, zawsze jest kij, którym można we mnie łupnąć. Miałbym bronić wszystkich i wszystkim po kolei dowalać – równocześnie. Miałbym ponosić odpowiedzialność za wszystkich i za czyny przezeń popełnione. Zignoruję – jestem bez sensu, odpowiem – jestem do niczego, wyrażę zdanie – jestem asekurantem. Każdy inny w podobnych okolicznościach, ma prawo zrobić to, co mu się podoba. Każdy kto ma dziurę w dupie, uważa, że ma także prawo, by osądzać mnie i to co robię, powiem itp. Jeśli znajdzie się ktoś, kto ma podobne zdanie do mojego, to oczywiście jest moim przydupasem, kochanką, idiotą, bez własnego zdania, głupkiem, nie umiejącym czytać ze zrozumieniem. Sami wiecie, jaki jestem, tyle już napisano o mnie sądów, tyle namalowano portretów pamięciowych i psychologicznych, osądzono, oskarżono i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zadzierając skundlony ogon poszło w chuj. Tak w ogóle, to gówno to kogo obchodzi, jaki jestem, co myślę i co czuję. Kiedy jestem wściekły, kiedy zmęczony a kiedy mnie coś boli. Siedzę w swoim domu, przed swoim kompem, we własnym fotelu. Popijam kawę, palę papierosa, słucham muzyki i chce mi się śmiać, tak szczerze, w głos. Odchylam bary, opieram mocno plecy i głowę na oparciu i śmieję się.  Ryję z tej bandy prowokatorów, dopierdalaczy, głosicieli jedynie słusznych poglądów, domorosłych psychoanalityków, mącicieli, alfonsów, podrywaczy i innych miotających się dupków. Co mnie to wszystko obchodzi?

 

18:28, bezpodstawnie , euforie
Link Komentarze (5) »
środa, 25 listopada 2009
Świadek.

muzyka

Tyle rzeczy dzieje się w nas i obok nas. Wiele z nich jest naszym udziałem. Jesteśmy świadkami rodzącej się historii. Nigdzie nie powiedziano, że historia to tylko rzeczy wielkiej wagi, nikt też nie wymyślił wzorca miar, dla wydarzeń historycznych. Każda z mijających nas chwil, pokrywa się patyną i odchodzi w przeszłość. Czy jest to wielka sprawa historii, czy nie – zależy tylko od naszego wartościowania oraz od ‘czasomiejsca’ pobytu. Zupełnie inaczej odbiera się zdarzenie, w którym się bezpośrednio uczestniczy, niż takie, które opowiadane jest po latach, przez kogoś innego. Dla naszych dzieci, II wojna światowa, często jest nudnym zlepkiem faktów historycznych. Dla naszych dziadków, była ona ich bezpośrednim udziałem, niejednokrotnie o dramatycznym przebiegu. To, co tutaj napisałem, wiedzą wszyscy, ale nie każdy jednakowo interesuje się historią. Pasjonat, oburzy się, że ktoś może nie wiedzieć, ile bitew stoczono w jakiejś tam wojence i że nie przytoczy żadnej daty. Sam nie pamiętam już wielu dat, pod którymi działy się ważne dla mnie wydarzenia mojej osobistej historii. Pamiętał będę – mam nadzieję zawsze - datę moich narodzin. Choć byłem bezpośrednim uczestnikiem tego zdarzenia, nie mogę powiedzieć, żebym wiele z niego zapamiętał. Pamiętam tylko tyle, co opowiedziała mi w dzieciństwie moja matka. Nie zapomnę jednak nigdy tego, jak pierwszy raz udało mi się zobaczyć to, co kryje się na blacie stołu w kuchni. Musiało to być dla mnie wydarzenie wielkiej wagi historycznej, z dużym ładunkiem emocjonalnym, skoro do dziś to pamiętam. Coś chciałem o tym świadku, chyba to, że każda prawda historyczna, może być opowiedziana wieloma ustami, a każde z nich mają inny kształt, wydają inne dźwięki i powiązane są z różnymi oczyma. Komu więc wierzyć, jaka była prawda?

 

17:13, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3