Archiwum
[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]
Pogoda Kraków z serwisu
piątek, 29 września 2006
niecenzurowany sen

22.XII.96 - "więzień"

Dziwny sen, na początku byłem obserwatorem, potem stopniowo „bohaterem” snu.

Chłodny dzień, wilgotno, koniec lata lub początek jesieni. Cos jakby obóz jeniecki dla jednego żołnierza (młody blondyn w moro, niepodobny do mnie), dookoła las, sosny.

Ukartowano ucieczkę tego jeńca-żołnierza bez jego wiedzy. On nie wie do końca co jest grane, cały jest głupi. Jakiś ważniak, (niby wróg) głupio się uśmiecha i próbuje dać do zrozumienia, żeby dał dyla, bo pozwalają mu uciec (jest to jakby wygodne dla nich, chcą się go pozbyć). On łapie o co chodzi, bez słów, ale jest zdumiony i niepewny tak do końca o co biega (zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe). Ostrożnie próbuje „uciekać” waha się, a tu wszyscy wrogowie jakby go nie widzieli. Spisek? Po co ta maskarada?? Dla kogo?? są tylko dwie strony: on więzień i oni strażnicy. Mogli mu normalnie powiedzieć: jesteś wolny.

Wychodzi na polanę (powoli miesza się ze mną). Polana jest po podorywce duża rozległa. Boi się, że go ustrzelą, chce iść w prawo lasem, oni go kierują po przekątnej przez mokrą ziemię. Idzie coraz szybciej, rozgląda się niepewnie, patrząc skąd i kiedy przyjdzie cios, jak zwierzę w eksperymencie. Ja też czuję bezsens tej sytuacji i niepokój „zbiega”.

Powoli wcielam się w niego; właściwie jestem już nim (w dżinsach, swetrze), czuję coraz większy strach, bo coraz bliżej do celu – lasu gdzie można się schować i być niewidocznym. Denerwuję się jestem zziajany, jest bardzo zimno i wilgotno, dyszę ciężko i widzę parę, która wydobywa się z moich ust wraz z moim oddechem. Czuje też ból krtani i tchawicy taki jak przy bieganiu na zimnie, bez kondycji.

Nie wiem co jest grane, uciekam dalej jak przed nagonką. Trawa, nierówna powierzchnia, pagórki jakieś takie, niby polana za mną, nie jestem jak na dłoni, do odstrzału, ale cos mi tu nie gra.

Dobiegam do budynku (to wcale nie przypomina budynku) tylko wiem, że to jest jakiś  dom, że mieszka tam starszy pan ok. 60. Niby tu znajdę pomoc, jedzenie, jest jakaś służąca przez moment i uświadamiam sobie nagle, że w tym domu jest prawdziwe zagrożenie. Nie wiem jakie, o co tu chodzi, ale dociera do mnie, że okrutnie ze mnie zadrwiono, wystawili mnie, wypuścili. Od początku coś mi nie grało.

Otwieram drzwi, widzę tego faceta, który chwilowo nie ma czasu i „zajmie się mną później”. Dręczy mnie, bo wiem, że to „gleba”, tylko specjalnie sadysta chce bym się bał dłużej.

Boję się niepewności – co będzie dalej? Wiem, że nie ucieknę, ale szukam, łażę po wnętrzach nie przypominających wcale wnętrz. Wszystko pulsuje, zlewa się ze sobą. To właściwie niczego realnego nie przypomina. To coś jak obrazy Picassa, przestrzenne kształty nie do opisania słowami, bo płaskie i jakby żyły (nie znam tego wymiaru). Koła, prostokąty, bryły pulsujące i przenikające się wzajemnie. Tak samo kolory: żywe, ruchome, żółty, niebieski, czerwony.

I nagle boje się bardzo, bo nie potrafię tego pojąć to jest jakieś obce nieznane i nie wiem co z tego wyskoczy.

Wtedy staję i tłumaczę sobie jak dziecku, gestykulując:

Uspokój się! To przecież twój sen! To ty śnisz! Nic ci się nie może stać! Nie panikuj to jest sen! To jest sen! Ty śnisz! Nic ci nie grozi! Oglądaj to jak w filmie, to świadome śnienie, jesteś tego świadom, zaraz się obudzisz!

I obudziłem się.

To było dawno, teraz rozumiem, co chciała mi podpowiedzieć moja podświadomość. A Wy, jak sądzicie?

13:26, bezpodstawnie , o czymś
Link Komentarze (6) »
Sieję wirusy

Virtualia się rozchorowała. Czuję się winny! W dodatku, nie chce mnie słuchać. Nie rozumiem, dlaczego kobiety bywają aż tak uparte. Pojechała rozsiewać moje wirusy...Światu grozi epidemia. Jestem zły.

11:18, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 września 2006
Do kobiet, które mnie kochają

  

Choroba, to taki dziwny stan. Szczególnie jest on udziwniony, gdy choruję ja, ponieważ bez wątpienia jestem facetem. Udałem się dziś do tzw. kontroli lekarskiej. Była to kontrola, zupełnie rutynowa. Po wyjściu z domu (za dalego, by wracać), przypomniałem sobie, że za cholerę nie jestem w stanie, odtworzyć z pamięci (umęczonej chorobą pamięci - nadmienię) tej dziwacznej nazwy antybiotyku. Pomyślałem, że to zupełnie jest zbędne. Podam pstawową informację, jak on na mnie podziałał i to wystarczy. Podejrzewam, że lekarz, u którego byłem poprzednim razem, przepisał mi ten lek złośliwie, albo się po prostu pomylił. Nie przeszło mi, natomiast świetnie się po nim rzygało. Po pewnym czasie, znalazłem się w gabinecie. Ops, właśnie drugi raz przypaliłem mięso, poprzednim razem...jakoś słabo przywarło. Powróćmy do gabinetu. Mina Pani doktor, była conajmniej dziwna, wyrażała zdumienie. Jakby mówiła do mnie: a cożeś chłopie mi się tu z choinki urwał. Wyszedłem na totalnego ćwoka. Jakoś to przeżyję, ponieważ jak wiecie, jestem bardzo chory i w zasadzie mogę nawet za chwilę wyzionąć ducha. A zwłaszcza, że w drodze powrotnej, robiąć zapasy żywieniowe, zupełnie wyleciało mi z głowy, że dostałem kawałek papierka, zwanego receptą. Oczywiście, apteka nie wyskoczyła na mnie znienacka, ponieważ obrałem drogę na skróty (coś słaby jstem), omijając ją szerokim łukiem. Tak to bywa, gdy mężczyzna niedomagającym jest. Jeśli dożyję do jutra, w co bardzo wątpię, pójdę do tej cholernej apteki kupię i zjem, wszystko razem z opakowaniem i na miejscu. Dziś, żadna siła nie zmusi mnie, bym wyszedł jeszcze raz  z domu, ostatecznie, nie jestem samobójcą. Mężczyzna, nie załamuje się z byle powodu. Nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. TACY JESTEŚMY DZIELNI! I właśnie dlatego nas kochacie. (to g'woli wyjaśnienia, gdyby któraś z Pań jeszcze nie wiedziała, dlaczego kocha swojego faceta) :> 

16:20, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (16) »
taka jesień...

Dęby stały jeszcze w ciemnej zieleni, ale olchy, graby, buki, topole i wiązy mieniły się już czerwienią, złotem i brązami, jakie tylko jesienne słońce może ofiarować ludziom. Usłyszałem - ktoś mówił, a ktoś powtórzył - że dzień jest niezwylke piękny. Taka jesień!...

Nie rozglądałem się. Było mi spieszno. Szedłem szybkim krokiem, szczęśliwszy niż samo szczęście. Szedłem w paradnym mundurze 131 pułku huzarów Jego Cesarskiej Mości, Wierząc i ufając, całym sobą, że liścik, który niosę na sercu, liścik zapraszający na pierwsze spotkanie, zapowiada wszystko, co kochająca kobieta kochającemu mężczyźnie dać potrafi, gdy zechce i gdy zechcieć potrafi.

Być może dzień był piękny. Mnie szeleściły pod stopami zwiędłe, niespokojne liście. Nie wolno mi było iść zbyt spiesznie, pilnie musiałem zważać na oddawanie honorów, na dłuższą chwilę zatrzymała mnie grupa rozbawionych oficerów, wśród których było dwóch wyższych rangą i adiutant dworu, tak że żadnym sposobem nie mogłem odejść pierwszy.

- Taka jesień! - zachwycał się adiutant.

Gdy odeszli, nieco sztywni, lecz mili, ruszyłem krokiem niegodnym oberlejtnanta gwardii. Już tylko jedna parkowa alejka i trzy białe uliczki. Na skrzyżowaniu z tą ostatnią mimo wszystko przystanąłem. Zawiódł mnie wzrok, oddech, osłabłem. Długo to trwało, nim wszedłem na pierwszy stopień skromnej małej willi. W hallu cień pokojówki zakrzątnął się wokół bezszelestnie i tylko skromny gest ręki wskazał mi drogę. Nim zdążyłem zapukać, usłyszałem głos niski, lekko schrypnięty i chyba zdyszany. Powiedziała - lekko się zacinająć na trzech najważniejszych słowach - i nie nakazując nakazała, bym wszedł. Stała nieco z boku, obok zasłony, smukła i smagła, ozłocona światłem, i nagle dzięki niej ujrzałem bezpowrotne piękno tej jesieni - olchy i graby zawirowały czerwienią i brązem, delikatna złocistość wiązów rozświetliła ogród. Trwało jeszcze między nami milczenie, poczucie bezpowrotnego szczęścia. Co uczynić? Zrozumiałem. Zrozumiałem, że te pierwsze chwile pierwszego spotkania są tak bezpowrotne i zawrotnie piękne, tak szczęśliwe w swym milczącym rozmiłowaniu, że każdy następny dzień będzie powszedniał - wpierw w obojętności, potem w nudzie. Zrozumiałem. Strzeliłem. Dwa razy i prosto w serce. Nie słyszałem nawet trzasku broni. Dopiero kula, którą wpakowałem sobie w prawą skroń, zahuczała jak sto dzwonów. Mimo to słyszałem odchodzący szept:

- Taka jesień... taka jesień... taka jesień...

(Jerzy Broszkiewicz)

00:14, bezpodstawnie , o czymś
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 września 2006
a może by tak do lasu?

Czapki z głów, panowie. ;)

13:19, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5