Archiwum
[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]
Pogoda Kraków z serwisu
czwartek, 29 października 2009
Nothing.

NG

Nic nie bierze się z niczego, nie wyłania się z pustki. Nic ma przyczynę w Coś i tkwi w czymś głęboko, aż po mielinowe osłonki nerwów. Drażni precyzyjnie receptory, aż wszystkie zaczną odbierać jeden bodziec – ból. Porzucona pod progiem pustka, zalatuje determinacją. Po otwarciu drzwi, ramiona układają się wzdłuż ciała, a wzrok topi się w próżni, jakby chciał coś w niej wypatrzeć. Nie ma tam nic, zupełnie nic. A sorry, tam JEST NIC.

 

17:02, bezpodstawnie , bez znaczenia
Link Komentarze (10) »
sobota, 24 października 2009
Ożesz!

shivaree

Never, jamais! Nigdy więcej, nie wsiądę z nią do samochodu, jako pasażer! Zaczęło się niewinnie. Od złapania pustostanu w lodówce. Siedział tam i rósł w siłę od środy, albo i wcześniej. Rozpychał się łokciami, a resztki żarcia, ustępowały mu miejsca. W końcu dziś w okolicach chęci na śniadanie, pokazał mi jęzor, po otworzeniu lodówki. Było tam tylko światło i on – pustostan! Jedziemy na zakupy. Jadę z Tobą, bo ty za dużo wydajesz – syknęła Mała. Poszukaj wydruku stanu konta – powiedziałem spokojnie. Grzebała w moim portfelu wyciągając pomięte karteczki i czytała, oczywiście na końcu był ten właściwy. Niech piekło pochłonie wydatki! – pomyślałem. Gdy ci przeleją pensję na konto, to JA będę nad tym panować – z przekorą i wyższością w głosie, co dopiero rodzącej się ekonomistki, wysyczała Mała. Spojrzałem wściekle w kierunku jej oczu. – Niedoczekanie, chyba, że chodzi ci o swoje własne konto, gdy już sama zaczniesz zarabiać – pomyślałem. Mówisz tak, jakbym na dziwki wydawał! – wrzasnąłem wściekle. Nie powiedziałam, że na dziwki! – usiłowała się wycofać. W sklepie, patrzyła mi na ręce, aczkolwiek zachowała niezwyczajny sobie dystans: a bierz, co chcesz. Koszyk był w 3/4 pusty – jestem rozsądnym facetem. Widziała moją wściekłość, nie chciała mi oddać kluczyków, ona prowadziła w stronę: ku żarciu, chciała także wrócić. Nie będę się z Tobą szarpał! I bardzo dobrze, że nie będziesz! Uspokój się, Mała – zapiąłem pasy! Pierdolone korki, nikt nie wpuści na równorzędnym. Wryła się, prawie na dupę jednemu, a drugiemu na maskę! Chwyciłem mocno uchwyt, nie powiedziałem nic, ale zauważyła ten mój ruch – nie cierpi go, staram się unikać, gdy prowadzi. To było dziś silniejsze ode mnie. Wjechaliśmy na prostą. Uważaj! Zahamowała ostro, z tyłu spadła siatka, oczywiście były w niej jajka… Co za buc, kto daje kierunkowskaz przed samym skrętem!? Ty – powiedziałem spokojnie. Zabiła mnie wzrokiem. Wysiądę na światłach – powiedziałem odpinając pasy, uważaj na siebie. Przeszedłem na czerwonym, gdy już przejechała, wszedłem do trafiki i kupiłem papierosy. Paskudny dzień, wszyscy jacyś nerwowi. Rzuciłem okiem na podjazd przy domu – auto stało, całe.

 

14:08, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (14) »
piątek, 23 października 2009
Siedem dni.

sting

Odnoszę wrażenie, jakby czas stale przyspieszał. Kiedyś dni wlokły się niemiłosiernie, a tydzień trwał wieki. Może to dlatego, że już na nic specjalnie nie czekam? Gdy byłem uczniem, czekałem na wakacje, gdy studiowałem, żyłem od egzaminu do egzaminu, albo jak kto woli: od imprezy, do imprezy. Czas mierzyłem zdarzeniami znaczącymi. Czy teraz, tamte zdarzenia straciły na ważności? Można by interpolować wakacje na urlop, egzamin na jakiś audyt, imprezę w akademiku na wypad ze znajomymi. Można, ale z biegiem lat, staję się coraz większym pesymistą. Pesymista dla mnie, nie jest równoznaczny z czarnowidzem. ‘Mój’ pesymista, unika wzruszeń, idzie spokojnym slalomem, pomiędzy przeszkodami i tym, co mogłoby go bardzo wzruszyć. Nie mogę ręczyć niczym, że na tym spokojnym wykresie, nagle nie pojawi się jakiś ostry i wyróżniający się pik. Niezbadane są ścieżki życia, a panować nad nim możemy w znikomym procencie. Chciałem rozwlec ten tydzień do nieskończoności, ale nie udało mi się, dobiega końca. Tak szybko minął, że pogubiłem dni, a jeden, zupełnie wyleciał mi z rejestru. Cóż znaczy jeden dzień, wobec tych wszystkich, które przeżyłem i tych, które jeszcze przeżyć mam zamiar? Dla innych mój stracony dzień, nie znaczy nic, dla mnie – jeszcze tego nie wiem.

 

 

18:25, bezpodstawnie , pieprzenia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 października 2009
Run Forrest, run!

Wyznaczanie granic, nie ma większego sensu. W ludziach tkwi coś takiego, co nakazuje im wszystkie wytyczane granice przekraczać. Może to ciekawość i niespotykany smak zakazanego owocu, a może to zwykła przekora sprężystego gazu, który jeśli ma taką możliwość, rozpręży się wszędzie. A może to zwyczajna złośliwość, popychająca w kierunku nieustannego, drażnienia? Albo obudzona natura badacza, który doświadczalnie chce sprawdzić, co się stanie, bez względu na wszystkie konsekwencje podjętego czynu. Żadna siła nie zmusi człowieka do zachowywania się wbrew sobie, nie tak długo, jakby tego ktoś oczekiwał. Kompromis, który pojawia się w każdym zawartym układzie, modeluje nas samych w stopniu takim, na jaki pozwolimy i jaki gotowi jesteśmy przyjąć. Nikt nie wytrzyma całego życia w zbyt ciasnych butach i pękającej w szwach kurtce. W końcu nastąpi taki moment, kiedy zrzuca się z siebie krępujące ruchy odzienie, nawet kosztem zmarznięcia. Maszyna ludzkiego ciała, ma kilka sposobów na wytworzenie dodatkowej energii, która nie pozwoli nikomu umrzeć z zimna. Taki samozachowawczy instynkt. Wystarczy zerwać łańcuch niechcianych kompromisów i uciec bardzo szybko, a emocje jakie przy tym się rodzą, wydzielają dużo ciepła. Biegnij, wszystko jedno jaką drogą i dokąd – przed siebie, byle daleko stąd.

 

 

11:00, bezpodstawnie , bez znaczenia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 października 2009
Tak sobie...

&

Gdy się kogoś kocha, nie jest ważne, czy to przyjaciel, czy druga połowa, nie stawia się przed nim żadnych warunków krytycznych. Pozwala mu się być sobą i mieć własny kawałek życia z przynależnym mu światem. Nie oznacza to, że nie można o tym ‘zakazanym’ fragmencie życia rozmawiać. Znaczy to tyle, że nie można na siłę nikomu narzucać swoich przekonań, a już na pewno nie temu, kogo kochamy. Nie postawiłbym ultimatum, nie nakazywał dokonywania wyborów. Nie stawiał w takiej sytuacji, gdzie albo ja, albo kwestia sporna.

Głowa mi pęka, wzdłuż szwów czaszkowych, zarośniętych kiedyś tam, w dzieciństwie. W rytm kichnięć i kaszlu pojawia się ból. Nie czuję smaku, zapachu, nie mam apetytu. Zatkane uszy, obraz w oczach rozwarstwia się na pryzmatach cieczy łzowej. Czoło zaczyna powoli parzyć. To w sumie tak, jakby mnie wcale nie było. Iść do konowała, czy iść do pracy – oto jest pytanie na jutro.

 

15:59, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2