Archiwum
[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]
Pogoda Kraków z serwisu
piątek, 19 kwietnia 2013
Wariacja nt. fraszki JS.

muza

Coś mnie obudziło, nie wiem chyba co dopiero zasnąłem i byłem zdezorientowany. Telefon migał, spojrzałem – nieodebrane połączenie – trudno. Z mroku pokoju, wyłonił się jakiś cień. Pomyślałem, że:

W końcu przyszła do mnie, ta z kosą.

Przyszła młodą

Przyszła piękną

Przyszła bosą

I naprawdę nie słyszałem zawczasu, stukania jej obcasów.

Pochyliła się nade mną i spojrzała mi w oczy, choć ja jej oczu nie widziałem, jej usta milczały i trwaliśmy tak chwilę.

- obudź się …

- dopadłaś mnie, właśnie teraz?

- nie szukam ciebie

- to po co przyszłaś nocą do mnie?

- zabrać resztki tego, co ostało z uczuć

- tak we śnie, podstępnie, bez pytania?

- ja nikogo o nic nigdy nie pytam

- to po cholerę mnie budzisz?

- bo musisz być tego świadomy…

- rozumiem, jakaś kara, odarcia z uczuć?

- nie muszę się przed tobą tłumaczyć, z niczego

Oprzytomniałem do końca, uświadomiłem sobie, że to jeden z sennych majaków. Zamknąłem oczy i zasnąłem, tym razem na dobre.



19:48, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (3) »
środa, 17 kwietnia 2013
Życie po życiu.

Tuba

Jest bez zmian patologicznych. W mojej fizys i w mojej psyche. Uwielbiam constans, jaki delikatnie gładzi moje myśli, pomagając im się uwolnić, rozsupłać i wykonać improwizowany taniec w przypadkowej choreografii. Nie rozmyślam układów, one naturalnie robią się same. Jasno, lekko i przyjemnie, niczym niezmącone. Nie muszę ich zbierać, nie muszę ich układać, starać się zapamiętać i odpowiednio powiązać. To wszystko dzieje się samo z siebie, naturalnie. Zapomniałem już, jak to jest, kiedy otacza mnie spokój. Zatraciłem na jakiś czas, tę wyjątkową zdolność odizolowania się od świata zewnętrznego. Powoli, dzień po dniu, bez znamion pośpiechu, nauczę się od nowa przeżywać siebie, dla siebie. Z każdego dnia, o dowolnej dla siebie porze, wyrwę z osi czasu przedział wyłącznie dla siebie. Odbuduję własny mur, w którym powyrywano dziury, bo na to pozwoliłem. Chwile słabości, mam już za sobą. Pogodziłem się z tym drugim,  który siedzi we mnie i próbował mnie zdominować. Zawsze lubiłem siebie, tego za mgłą, niewyraźnego i niezależnego, poza smugą światła, kryjącego się w mroku, szarego. Każdy eksperymentuje, próbuje różnych smaków, zagląda w nieznane zakamarki, przymierza się do układów zewnętrznych, stara się tworzyć wspólne orbitale ulegając tym samym polaryzacji. Polaryzacja niesie w tym kontekście bilans ujemny. Ona jest jak kompromis, a ten zakrzywia obrys własny, nakazuje oddać jakąś cząstkę siebie – bezpowrotnie wyrywając ją z całości, jaką stanowimy. Może i jestem w jakimś procencie gadem, ale to zapewnia mi zdolność do regeneracji, która z kolei odtworzy wyszarpane kawałki mnie – będę jak nowy. Nie przeszkadza mi to, że nie będę taki sam, najważniejsze jest to, że się odrodzę, odbuduję, pozbieram do kupy. Życie to nieustanne nabywanie doświadczeń. Permanentne modelowanie siebie. Czasem tracimy, a czasem zyskujemy, bilans i tak wychodzi na zero. Z perspektywy czasu można dostrzec dobro w tym, co wcześniej wydawało się złe oraz zło w tym, co uprzednio postrzegaliśmy jako niebywałe szczęście. Tak, to właśnie jest wewnętrznym odrodzeniem i duchowym rozwojem. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Okruchy killera wystarczy otrząsnąć z siebie i trzeba ruszać do przodu – nigdy w kierunku przeciwnym. Dobrze wiem, co zostawiam za plecami, jednak spoglądam przed siebie. To co przede mną, bardzo mnie ciekawi. Dziś jeszcze nie wiem, czy będzie dobre, czy złe, ocenię to potem. Póki co, wydaje mi się po prostu inne. Czas tym razem, działa na moją korzyść.

 

 



21:32, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 kwietnia 2013
Tytułu nie znam.

sixto

Budzę się o świcie, w dni wolne też – kwestia przyzwyczajenia. Co rano obiecuję sobie, że kiedy wrócę z pracy, położę się. Nigdy nie dotrzymuję sobie danego słowa. Wypalam ostatniego papierosa z paczki i myślę: to ostatni, więcej nie palę. To także kłamstwo wobec siebie, zawsze wydarzy się coś, co popchnie mnie do sklepu po kolejną paczkę. Od jutra, zaczynam normalnie żreć, jak człowiek. Kolejna bzdura, wrzucam na ruszta co popadnie i kiedy popadnie, a potem dziwię się, że organizm się stawia i buntuje – do czego także jestem przyzwyczajony. Może jest ktoś, kogo świat jest ułożony, zaplanowany, a plan konsekwentnie realizowany. Może istniej ktoś, kto każdy projekt zamyka z orderem na klapie. Może są ludzie, żyjący poza zasadą carpe diem, a może tylko im się wydaje, że panują nad życiem własnym? Może to tylko złudzenie, to nasze planowanie, te założenia, te wyobrażenia celów, do jakich się dąży, lub dążyć zamierza. A jeśli takie coś, jak silna wola nie istnieje w ogóle? Może to tylko nieznany dotąd wzór rachunku prawdopodobieństwa, który daje ludziom poczucie wolności i bycia panem własnego życia? W dupie mam wszystkie wzory, zasady, reguły, definicje, jak i wypracowane teorie psychologów i filozofów. Pójdę swoim rytmem, w dostosowanym tempie, omijając niespodzianki, których nie cierpię. Będę się starał, żeby już nic mnie nie zaskoczyło. Jeżeli istnieje jakaś reszta, to może poczekać.   



11:34, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (9) »
czwartek, 14 lutego 2013
Kadry dnia.

 

tuba

 

Wolność:

Obudziłem się, dużo wcześniej niż wstało słońce. Zanim zadzwonił budzik, nastawiony na czwartą czterdzieści. Za oknem widziałem rozświetlone lampami i pokryte śniegiem pagórki. Pomyślałem, że za chwilę oderwę się od wyrka i pofrunę przez zamknięte okno jak najdalej stąd. Nie mogłem się ruszyć ani na milimetr, kręgosłup rypał na całej długości, promieniując w najdalszy paliczek i ograniczał bólem każdy ruch.

Marzenia:

Przemknęło mi przez głowę, jakby to było cudownie, żeby dziś była sobota i nie trzeba by było wyfruwać z domu w celu zdobywania kolejnych szczytów. Budzik odtrąbił jak hejnał, chyba trzecią  z kolei drzemkę. Przezwyciężyłem fikanie w kościach i szybko zwlokłem się z łóżka.

Rutyna:

Otworzyłem biuro, odpaliłem kompa, nastawiłem wodę na kawę. Zalogowałem się, przejrzałem pocztę, odpowiedziałem na maile z wczorajszego popołudnia i z dzisiejszej nocy. Poszedłem tu i tam, zebrałem to i tamto, pootwierałem pliki i zacząłem pracę. Kiepski dzień, zaliczyłem kilka zmyłek i musiałem je naprawić. Okulary rankiem jakby gorzej widziały, trzeba wymienić.

Możliwości:

W drodze z budynku do budynku, wstąpiłem do sklepiku.

– poproszę drożdżówkę z dżemem.

- a którą dać?

- …

Zrobiłem wielkie gały i zalałem się niemą konsternacją. Pomyślałem sobie, że kurwa nawet tutaj, w tak prozaicznej sprawie, znowu trzeba dokonać wyboru!

Spełnienie:

Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, wrzuciłem w plecak co moje własne, pozapisywałem pliki, wylogowałem się, po czym ubrałem jak człowiek i poszedłem do domu. Na szczęście nikt mi nie towarzyszył po drodze, bo nie miałem najmniejszej ochoty na jakąkolwiek rozmowę o niczym.

Rozterki:

Stanąłem przed bankomatem, przypomniawszy sobie, że w domu bywają dwie pijawki, w porywach do trzech. Ile wyciągnąć? Na łeb? Stałem tak chwilę i myślałem, nie mogąc się zdecydować. W końcu oszacowałem stan konta, bieżące wydatki i ze stwierdzeniem, jakoś to będzie oraz z gotówką w dłoni, udałem się po chałwę. Miała ona stanowić mały dodatek do tego, czego wszystkim zawsze bardzo brakuje. Nie byłbym sobą, gdybym nie kupił trzech różnych smaków, po to, by oni także mieli rozterki, związane z możliwością wyboru.

Perspektywa:

Mam przed sobą kawał samotnego wieczoru i żadnego pomysłu, co mógłbym zrobić z tym czasem. Nic nie zrobię – tak zdecydowałem. Puszczę go wolno, żeby upływał leniwie pomiędzy palcami i robił ze mną, co tylko zechce. Myśli posegreguję w szufladach. Część zamknę i zalakuję w kopertach, by same nie mogły się wydostać i mącić mi w głowie. Część puszczę na wolność, żeby mogły się wyhasać po niebieskich połoninach, by mogły przysiadać mi na wargach jak motyle, lub opadać na rzęsy jak płatki śniegu. Reszta ma przykazane, siedzieć cicho w szufladzie i czekać na odpowiednie czasy, które być może kiedyś nastąpią.

 



16:58, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (9) »
piątek, 08 lutego 2013
Gdzieś...

tuba

Czekam na na echo, które mnie wezwie, które odpowie na moje nieme wołanie. Pochylam się nad studnią czasu jaki już za mną i niczego stamtąd odłowić nie potrafię. W bezpostaciowej mętnej brei, nie widzę nawet swojego odbicia. Nie Czekam ma mnie tam? Nie, stoję przecież tu i teraz, dłonie oparte na cembrowinie myśli powoli przenikają chłodem. Choćbym nawet dźwięk z siebie wydobył i krzyknął w tej studni zawartość – ona pochłonie każde drgnienie powietrza i zamieni w niebyt. To jakaś czarna dziura z antymaterią, może i mnie powinna wchłonąć? Może powinienem tam wskoczyć i zapaść się w jej nicość? Potem czekać, aż przetrawi mnie, przemieli i wypluje w całkiem innym miejscu, jako wiązkę światła? I znajdę się tam, gdzie pejzaż przypomina Elizejskie Pola, ubarwione kolorami, jakich nawet ja sam nazwać nie potrafię. Nie sądzę, żeby właśnie tam, było coś lepsze, piękniejsze, czy bardziej przyswajalne niż tutaj. Będzie po prostu inne. Ale inne nie zawsze znaczy lepsze, a lepsze zazwyczaj jest wrogiem dobrego. Czuję, jakby antypody nagle się starły ze sobą, tworząc wielki wir. Coś mnie tam woła, ale tak cicho, że słyszy tylko moja podświadomość.



16:31, bezpodstawnie , constanse
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52