Archiwum
[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]
Pogoda Kraków z serwisu
Kategorie: Wszystkie | bez znaczenia | constanse | doły | euforie | o czymś | opowiadanie | pieprzenia | virtualia
RSS
piątek, 26 lipca 2013
Mroczki.

 

Jak we śnie. Nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo jak. Nie wiadomo z kim. Nie wiadomo kiedy. Migające cienie wokół i jakaś muzyka. Cicho, niezmącenie oplata mnie mglistymi smugami czas. Ciągłość swoją rwąc na strzępki. I w nowych przestrzeniach ją odradzając. Niewidzialny staję się, zapomniany. Światłocienie pulsują delikatnie, w rytmie uderzeń serca, rozświetlając kawałki ciemności. Dziwny ten spokój, jak cisza przed burzą, kiedy świat szepcze: to mija, to minie, to minąć musi. A słowa te, lęk rodzą w duszy. I źrenice robią się takie szerokie, a głos zadławiony dusi się w krtani. Tyle postaci, a każda nieprawdziwa. Utkane z cienia, światła i mgły. Nie znam znaczenia, ani przyczyny. Nikt tego jeszcze nie opisał, nikt nie zbadał, nikt nie przeżył. Coś, co wyłania się z nicości, przecina ścieżki jaźni we śnie, a odchodzi, kiedy otworzysz oczy. To jak szczęście, którego nikt nigdy nie zatrzymał na dłużej. To coś, czego nie da się dotknąć. Coś z wyobraźni, co umiera na zawsze w zwolnionym tempie nad ranem i poznać się nigdy nie da…

 



11:13, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Bajka o zapadającym mroku.

Pink Floyd

Każdy rodzi się z piętnem śmierci, bo ona jest zwyczajnym końcem życia, który następuje zawsze, bez względu na wszystko. Życie pełne emocji. Wyrecytował w pamięci sobie a muzom, swój ulubiony wiersz:

„Przez furie jestem targan ja, Orfeusz,
Mówią mi, abym wyrzekł się rozumu,
A będę latał niebem - jak Perseusz,
A piękność z wody najbielszego szumu
Przy bladym różu jutrzenki wytryśnie
I da mi otchnąć się - Płomieniem gorę -
Tam Parnas... coraz coś w ciemnościach błyśnie
I tę srebrzystych oliw białą korę
Ubiera w złote pancerze. - O jędze,
Jeśli jesteście w tym lesie czerwone
Płomieniskami... pokażcie mi przędze
Żywota, jeśli pasmo uprzędzione
Z łez mych - boleści - targań się samotnych,
Epileptycznych skoków mego serca -
Bliskie już końca...”

Gdyby choć raz w życiu, udało mu się napisać coś tak dobrego… Coś tak dosadnego, przenikliwego i tak oddającego jego duszę. Coś ponadczasowego, co człowiek z każdej epoki może śmiało dopasować do własnych nastrojów. Dotarło do niego, że przejebał swoje życie. Dotarło też, że sam musiał wybrać taką właśnie karmę, jaką w tym wcieleniu ‘odrabiał’. Wszystko czemuś służy. Cierpienie ponoć uszlachetnia, a przeciwności rozwijają świadomość i pozwalają na to, żeby stanąć kolejny poziom wyżej. Co za frazesy! Psychicznie był bardzo silny, bo pogodził się już ze sobą, światem i z nim pożegnał. Fizyczna niemoc, ból, oczekiwanie na nieodwracalność – czyniło go słabym. Odkąd sięgał pamięcią, nienawidził swojej słabości, w żadnym wymiarze.

- czas umierać i oddać mi duszę, zaprzedałeś ją – szyderczo drwił jego diabeł.

- pocałuj mnie w dupę, diable, ciebie wcale się nie boję. Cóż takiego mi dałeś, że teraz żądasz za to zapłaty? Spierdalaj, bo zbiorę resztkę sił, jakie mi zostały i przypierdolę ci tak, że nikt cię nie pozna, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w TYM życiu.

Doskonale wiedział, że odchodzi na zawsze. On, ten z tym imieniem i z tym nazwiskiem. Miał jednak pewność, że to jeszcze nie wszystko, czego miał doświadczyć jako ten właśnie byt, jako ta dusza, wędrująca od pierwotnego światła, przez tyle już ziemskich lat. Starał się zapamiętać to, czego nauczyło go to wcielenie, jakie za chwilę miał porzucić. Przecież wiedział, że w następnym nie będzie pamiętał niczego – takie są zasady inkarnacji. Dusza należała do niego i była nieśmiertelna niezależnie od tego, czy w niebie, czy w czyśćcu, czy w piekle. Zachciało mu się śmiać, sam nie wiedział z czego, być może z groteskowości życia? Wszystko w sumie jedno, z czego się śmiejemy, byle by się śmiać. Żegnał się z samym sobą, jakby miał się zobaczyć za jakiś bliżej nieokreślony czas. Czas, jaki w przestrzeni do której zmierzał, skąd pochodził, nie miał żadnego znaczenia. Tam nic nie miało znaczenia. Wiedział, bo czuł ich obecność przy sobie, że są z nim tylko ci dwaj: jego diabeł i jego anioł stróż. Postacie tak fikcyjne, jak całe życie, rozumiane ludzkim umysłem. Jak wszystkie wartości, jak całe zło wzięte razem i wymieszane dokładnie z dobrem. Widział tę szarą, bezpostaciową masę powstałą z tych dwóch składników, okraszonych trzecim.

Na świecie dawno już była jesień. Owoce zebrane w piwnicach, zapachy zakręcone w słoikach i smaki życia, jakich się nie zapomina. Nie była to złota jesień, poprzetykana odcieniami brązów, czerwieni i żółci. Była to późna jesień, zmoczona deszczem, wyświechtana wiatrem i przepleciona marznącym deszczem. Nie widział już nic, oprócz gęstniejącego z każdą chwilą mroku. Za chwilę, za ułamek sekundy, przyjdzie ona. Będzie młoda i piękna, a w ręku dzierżyć będzie kosę. Tylko ona, towarzyszyła mu wiernie od narodzin, być może nawet właśnie ona zapłacze. Zamachnie się i przetnie definitywnie srebrną nić, która łączyła jego ciało i duszę. Powietrze już będzie zbędne. 

 



23:21, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (33) »
Bajka o ciepłej normalności.

Pink Floyd

Była pełnia lata, wczesny sierpień promieniował ciepłem i pachniał letnią burzą. Może nieco trąciło nudą, może dni upływały zwyczajnie, a czas zawiesił się w kolejnej pętli. Nie działo się nic, co mogło wzbudzać niepokój. Zapadający wieczór chłodził gorące powietrze i w końcu można było oddychać. Kontury krajobrazu rozpływały się powoli w zachodzącym słońcu, tylko niebo było pięknie kolorowe.

- napijemy się czegoś na tarasie? – zapytał ją uśmiechając się jak zawsze.

- ja proszę kawę i jakiegoś drinka, koniecznie z lodem, dużo lodu!

Weszła na taras i usiadła w rattanowym fotelu, przy stoliku. Mężczyzna udał się do kuchni, po chwili wrócił i przyniósł co trzeba.

- czytasz mi w myślach – powiedziała ona, wyciskając cytrynę w szklance z ginem.

Kiedy mieszała drinka, kostki lodu obijały się o ścianki szkła, wydając charakterystyczny dźwięk. Usiadł obok niej, zajmując drugi fotel i sięgnął po swoją szklankę. Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu, ona patrzyła przed siebie, a on spoglądał na nią i na niebo. Z salonu cicho dobiegały dźwięki muzyki, jaką obydwoje lubią.

- zapowiadali dziś deszcze meteorytów, poczekamy żeby je obejrzeć? – mówiąc to, chwycił jej dłoń, wiedział, że się zgodzi.

- będę tu siedziała, dopóki mnie nie zaniesiesz do sypialni – odrzekła śmiejąc się głośno.

Na słowo ‘sypialnia’, poczuł to, co zazwyczaj czuje mężczyzna w tzw. sile wieku. Pomyślał, że co się odwlecze, to nie ucieknie, a nabierze smaku. Koniecznie chciał zobaczyć z nią te spadające gwiazdy, żeby zaklepała sobie jakieś życzenia. Dobrze je znał i wiedział, że każde może spełnić. Lubił spełniać jej życzenia, nie zarabiał dla siebie przecież, nie żył swoimi potrzebami bo miał ich niewiele. Zapalił papierosa i myślał o tych latach jakie już spędzili razem i jakie jeszcze są przed nimi. Pomyślał, że tak właśnie smakuje szczęście. A ono smakowało spokojem, muzyką i normalnością oraz tym, że mogli swobodnie porozumiewać się bez zbędnych słów.

Rozmawiali trochę o wszystkim i trochę o niczym, śmiali się i patrzyli w coraz ciemniejsze niebo, wyczekując spadających kawałków kosmosu.

- tam! Tam! Widziałeś?! – wykrzyknęła nagle i uniosła się lekko w fotelu, pokazując mu kawałek nieba, na którym akurat zapalały się gasły i meteoryty.

- widziałem… – powiedział cicho, nie odrywając od niej wzroku – pomyślałaś jakieś marzenie?

Jego myśli były już zupełnie gdzieś indziej. Uśmiechał się do nich, kiedy patrzył na nią, jak próbowała liczyć ile jej marzeń będzie musiało się spełnić. Niekoniecznie samych z siebie. Nie zapomniał pokazać swemu diabłu, środkowego palca, ale tak, żeby ona tego nie widziała.

 



16:50, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (13) »
niedziela, 27 stycznia 2013
Bajka o wiosennej nieśmiałości.

Pink Floyd

Po długiej i ciężkiej zimie, pokazały się symptomy wiosny. Zaspy śniegu, muskane promieniami słońca, powoli wsiąkały w rozmrażającą się ziemię. Trawa ostrożnie przebijała się soczystością zieleni, a na drzewach zaczęły pojawiać się nieśmiałe pąki. Z pierwszych pąków, rozwijały się bazie. Była delikatna, jak żółty wierzbowy pyłek, jaki sypał się na biały obrus stołu w salonie. Drzwi się otworzyły, nie słyszała pukania, wszedł on i postawił na stole, różowe wino.

- masz ochotę się napić? – zapytał pro forma.

Uśmiechnęła się do niego całą sobą. Śmiały się jej usta, oczy, dłonie. Podbiegła i przytuliła się mocno. Objął ją jednym ramieniem, w drugim, ściskał bukiecik z podbiału. Było mu głupio, że nie pomyślał o kwiatach wcześniej, a to co trzymał w ręku, było takie nijakie, takie pospolite. W jego mniemaniu, zasługiwała na coś więcej, nie na pośpiesznie zerwane po drodze, jakieś zwyczajne, jako pierwsze kwitnące chwasty. Nie wiedział co z nimi teraz zrobić. Czuł lekkie zakłopotanie, z którego wybawiła go ona.

- co tam masz dla mnie w ręku?

Ucieszyła się, albo udawała, że jej się podobają te małe, niepozorne kwiatki, które wyrwała mu z dłoni. Stał jak dzięcioł i uśmiechał się głupawo, nie mając pojęcia co teraz zrobić. Wprawił tym swojego diabła, w zupełną konsternację, pokrzyżował mu szyki, a właściwie, zrobiła to ona.  

- są takie śliczne! – krzyknęła biegnąc po flakonik z wodą.

Miał mieszane uczucia, kwiatki wcale nie były śliczne, były za to pierwsze, jakie pojawiły się tej wiosny. Były pierwsze, jakie od niego dostała. Nie chciał spekulować, układać w głowie wyjaśnień jej zachowania, żeby nie obiecać sobie zbyt wiele i żeby się potem tymi obiecankami nie rozczarować. Ta cholerna nieufność, ten brak pewności siebie, paraliżował mu nerw trójdzielny, pozostawiając usta w grymasie uśmiechu.

Wróciła i postawiła wazonik z podbiałem obok bazi. Nagle zastanowiło go, od kogo dostała te bazie? W myśli wkradła się niepewność, znów poczuł się idiotycznie, bo na jego oko, bazie przy podbiale, wyglądały jak milion dolarów. Z odrętwienia wyrwał go jej głos.

- to co, napijemy się? – podała mu korkociąg, a obok wazonów postawiła dwa kieliszki.

Nieudolnie zdarł nalepkę z szyjki flaszki i ledwo udało mu się wkręcić korkociąg w korek. Nalał do kieliszków, rozlewając kilka kropli na biały obrus – znowu wtopa! Zaczęła się głośno śmiać, gdy przepraszał za plamy. Wydawało mu się, że to jego nieudolność ją tak bardzo śmieszy. Nie pomyślał, że ona cieszy się z jego obecności, zbyt mocno przekładał przeszłość z innymi, na teraźniejszość z nią. Po chwili dopiero, dotarło do niego, że ta interpolacja była zupełnie zbędna i nietrafiona. Żeby to zrozumieć, musiał spojrzeć jej w oczy i odbierać jej zachowanie wyrzucając daleko pryzmat innych kobiet. Ten nagły przebłysk logicznego myślenia uświadomił mu, że ona nie musi być taka, jak inne. Dotarło, że jest wyjątkowa i czuje do niego to, co on do niej. Prawdopodobnie.

Diabeł, który siedział w kącie, zaczął rwać włosy z łydek i obgryzać pazury. Jego kaprawe ślepia podbiegły krwią. Kiedy stracił czujność? Jak mógł dopuścić do takiego obrotu sprawy i skąd w ogóle wzięła się ta kobieta? Nagle obok balkonowych drzwi, dostrzegł świetlistą postać, chwilę się przyglądał, czy światło pochodzi zza okna, czy to postać świeci sama z siebie. Ożesz ty, aniele stróżu, a bodajby ci pióra ze skrzydeł powypadały! Anioł uśmiechnął się bezpłciowo, uśmiechem numer pięć, jaki miał wyćwiczony na takie okazje. Obydwaj zmyli się w jednej sekundzie, pozostawiając ich samych sobie.



07:42, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (20) »
piątek, 25 stycznia 2013
Bajka o przenikającym chłodzie.

Pink Floyd

Zasiadła naburmuszona, w jednym ze swoich stałych miejsc. Chmurne oblicze jej astralu, gestykulowało do niego znacząco zza jej pleców:

- bez kija lepiej nie podchodź.

Siedziała odwrócona do niego tyłem, jakby nigdy więcej nie chciała go zobaczyć. Poruszała ustami, mamrocząc swoje mantry – sobie a muzom. Oczy wlepiła w przestrzeń przed siebie, wydawało się, jakby patrzyła w okno, choć zmrok już dawno zapadł. Tak właśnie bywa o tej porze roku. Stał za jej plecami, bezradny jak dziecko, nie mając pojęcia, jaki jego ruch, jakie słowo, jaki gest wywołają kolejną lawinę jej złości. Czuł się jak treningowy worek, który już nawet nie patrzy, z której strony dziś oberwie. Przerabiał już wszystko i za wszystko już oberwał. Bezsilność dławiła mu słowa. Stał jak zamurowany, a ona udawała, że go nie widzi. Prowadziła luźne rozmowy ze wszystkimi umiejscowionymi za ciemną taflą okiennej szyby. Śmiała się, żartowała, była miła, czasem wręcz nienaturalnie na luzie. Każdy uśmiech w stronę okna, każde słowo, wbijało mu się szpilą gdzie popadnie. Jedyną osobą, jaką ignorowała był on. Usłyszał już wszystko, co mógł usłyszeć – tak myślał, w swej naiwności, ale mylił się bardzo. Szukał w myślach jakiegoś rozwiązania, którego jeszcze wobec niej nie stosował – nic nie przychodziło mu do głowy. Poczuł wściekłość, był zły sam na siebie, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko czego doświadczył, było za jego cichym przyzwoleniem. Przecież w życiu dostajemy to, na co zapracowaliśmy i na co zasłużyliśmy oraz przede wszystkim to, na co sami pozwalamy.

Zdecydował, że podejdzie, być może ostatni raz. Podszedł, położył rękę na oparciu krzesła, a potem drugą ręką delikatnie odchylił włosy z jej szyi, musnął lekko w kark i powiedział, że ją kocha. Gwałtownie odsunęła się tak, by nie mógł jej dosięgnąć i odepchnęła jego dłoń.

- nic dla mnie nie znaczą te słowa – wysyczała przez zaciśnięte zęby, w kierunku ciemnego okna.

 W sumie, niczego innego się nie spodziewał, od dawna reagowała w ten sposób. Wykrzywił usta w uśmiechu, odwrócił się i wyszedł bez słowa. Oddychał powoli, głęboko, jakby na zapas, jakby za chwilę nagle miało zabraknąć powietrza. Nie chciał podejmować żadnych definitywnych kroków, żadnych końcowych decyzji. Nie chciał myśleć teraz o niczym, jak tylko o znalezieniu się w swoim domu. Lodowata wilgoć zimnego wieczoru, rozchodziła się po nim od stóp, po czubek głowy.

Kilka kroków za nim, snuł się jego własny diabeł, dławiąc się ze śmiechu. Diabeł rzucał swój cień na jego cień. Tak, zdominował go zupełnie - ‘brak cienia, jest dowodem nieistnienia’. Dziś nie musiał nic robić, wystarczyło że był blisko i napawał się zwycięstwem, rozgrzewał chłodem, jakiego On doświadczył.



19:17, bezpodstawnie , opowiadanie
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10